Spór o to, co jest kulturą, a co nie, trwa od bardzo dawna. Ścierają się w nim różne teorie socjologiczne i estetyczne. Być może najłatwiej jest powiedzieć – wszystko, co jest dziełem człowieka (albo nawet i nie człowieka, a przynajmniej nie jest powszechnie za takie uważane – na przykład płeć według tzw. teorii „gender”, które to słowo swoją drogą oryginalnie oznaczało rodzaj gramatyczny) jest kulturą. Zapewne definicja taka ma swoje uzasadnienie. Ja ośmielę się jednak trochę ją dookreślić. Za kulturę uważałbym tedy wszystko, co otacza człowieka i kształtuje go, ma wpływ na jego mentalność i wrażliwość. Skutki, jakie wywołują poszczególne dzieła kultury w tych sferach będą tedy przedmiotem mojej analizy w tej serii wpisów.

Niewątpliwie gry jak najbardziej zaliczają się do takiej jak przedstawiona wyżej definicji kultury, zresztą nie sposób im również odmówić często tak zwanych „wartości artystycznych” (które, jak sądzę, miałaby polegać na wywoływaniu reakcji zachwytu u odbiorcy). Co jest jednak istotne, to to, że gracz, wcielając się w swoją rolę angażuje się dużo bardziej niż przeważnie bierny widz, czytelnik czy słuchacz. Oczywiście nie znaczy to, że osoba, która „gra w strzelanki” będzie zabijała ludzi, jak uważa szczęśliwie coraz mniej osób. Gdy jednak komuś coś sprawia przyjemność, to zawsze tworzy się jakaś więź między nim a jej źródłem, która wpływa na jego wrażliwość i jego dążenia. Te same bodźce (mające to samo źródło) mogą jednak wywoływać zupełnie różne skutki, w zależności od postawy tego kto do nich podchodzi (i jego już ukształtowanej wrażliwości). Ten, kto „się strzela”, gdyż czuje pociąg do cnót żołnierskich lub ma ochotę na rycerską rywalizację z kolegą, z pewnością postępuje zupełnie inaczej pod względem moralnym, niż ten, kto to robi, bo pociąga go rozkład i zniszczenie.

Zostawmy jednak te, może nieco zbyt pretensjonalne, rozważania na boku i przejdźmy do obiektu recenzji. Będzie nim, niedawno przez mnie zakupiona (i póki co niestety rozegrana tylko raz) gra planszowa „1714: The Case of the Catalans”.

O czym to jest – hiszpańska wojna sukcesyjna 1701 – 1714.

W XVI wieku dynastia Habsburgów podzieliła się na dwie linie – po abdykacji cesarza Karola V (i pierwszego króla Hiszpanii, a właściwie obojga Hiszpanij – Kastylii i Aragonii, bowiem unia realna… ale o tym niżej) dobra „zachodnie” – Iberia, burgundzkie Niderlandy i tak zwane Franche-Comte [1] oraz Królestwo Sycylii (obejmujące również południowe Włochy, od XIII wieku będące w unii personalnej lub dynastycznej z Koroną Aragonii) przypadły synowi Karola – Filipowi II, zaś Austria, korona cesarska, „przednia Austria” – najstarsze habsburskie posiadłości w prowincjach Sundgau, Briesgau i Ardgau (wokół obecnej granicy francusko-niemiecko-szwajcarskiej) – Ferdynandowi, młodszemu bratu cesarza (który dołożył do nich odziedziczone po Jagiellonach Czechy i Węgry). Obie gałęzie rodu współpracowały jednak wiernie ze sobą, toteż cały XVI i XVII wiek upłynął pod znakiem wojen francusko – habsburskich. Królestwu Burbonów (i wcześniej Walezjuszy) z pewnością przeszkadzało bycie niejako otoczonym przez państwa należące do najpotężniejszej dynastii w Europie, choć nie przeszkodziło w powolnym acz systematycznym powiększaniu swojej domeny (z pomocą muzułmańskiego Imperium Ottomańskiego oraz protestanckiej Szwecji i mniejszych księstw – taka uwaga apropos katolicyzmu „najstarszej córy kościoła” przed rewolucją). Tymczasem w 1665 roku na tron Hiszpanii wstąpił Karol II, praprawnuk Karola V/I. Niestety odbiły się na nim skutki wielopokoleniowego „chowu wsobnego” ( dość powiedzieć, że w 14 liniach był potomkiem Joanny Szalonej, matki Karola V i Ferdynanda I) – był upośledzony psychicznie i fizycznie, jego „habsburska warga” (nieproporcjonalnie powiększona dolna warga połączona z przerostem żuchwy) osiągnęła rozmiary jak u żadnego innego przedstawiciela jego dynastii wcześniej lub później. Prawdopodobnie był też bezpłodny, bowiem wprawdzie udało mu się ożenić (i to dwukrotnie!), lecz nie doczekał się potomstwa. [2] Na przełomie wieków XVII i XVIII spadek po nim stał się tedy najważniejszym zagadnieniem politycznym Europy. W Hiszpanii nie obowiązywało tak zwane prawo salickie (dopuszczające do dziedziczenia zarówno tronu i jak roszczeń do tronu tylko mężczyzn – zagadnienie skąd to prawo się wzięło i czym oryginalnie naprawdę było jest warte osobnego wpisu), najbliższymi tedy krewnymi Karola byli potomkowie jego siostry – zmarłej żony  ówczesnego króla Francji – Ludwika XIV. Na połączenie całej zachodniej Europy pod władzą Francji nie godziły się jednak co oczywiste inne państwa, przede wszystkim Anglia (która wkrótce – w 1707 stała się Wielką Brytanią) i, połączona z nią unią personalną (do 1702 roku) Holandia [3] oraz oczywiście Austria. Również sam Karol II próbował temu zaradzić (był w końcu Habsburgiem, należy powątpiewać by był skory do oddania korony własnej i swoich przodków tym, którzy byli jej największymi wrogami, w walce z którymi życie oddawali jego poddani). Przeciwstawiał się prowadzonym za jego plecami planami podziału monarchii (na których zależało jak zawsze zawładniętej myślą o „równowadze europejskiej” Wielkiej Brytanii), próbował scedować swe prawa na syna księcia Bawarii (również bliskiego krewnego) – niestety chłopiec zmarł w wieku zaledwie 7 lat w 1699 roku. Wobec tego swoje roszczenia wysunęli Habsburgowie – cesarz Leopold I był najbliższym krewnymi Karola II licząc do wspólnego męskiego przodka, ponadto był synem siostry ojca Karola (a więc dzieliło go jedno pokolenie więcej od wspólnego przodka niż Burbonów). Ostatecznie jednak król Hiszpanii, wobec sprzeciwu większości Europy co do wzmocnienia pozycji niegodzącej się na kompromisowe rozwiązanie Austrii oraz zdający sobie sprawę z realnego zagrożenia interwencją francuską, w swoim testamencie uczynił swym spadkobiercą Filipa księcia Andegawenii, drugiego syna Ludwika „Wielkiego Delfina” (następcy tronu Francji i syna Ludwika XIV „Króla Słońce”), jednocześnie wykluczając od sukcesji samego Ludwika oraz jego najstarszego syna i potencjalnego dziedzica, też Ludwika „Małego Delfina”, w celu uniemożliwienia połączenia się tronu Francji i Hiszpanii (swoją drogą ani wielki ani mały delfin nie doczekali się korony – dopiero prawnuk Ludwika XIV dożył jego śmierci). Natychmiast po śmierci ostatniego Habsburga na tronie Kastylii wojska francuskie przekroczyły Pireneje („król słońce” miał wtedy rzec – „Cieszmy się – Pirenejów już nie ma” i bez oporu zajęły Madryt, a wkrótce również Flandrię i Lombardię (posiadłość habsburską od czasu wygaśnięcia dynastii Sforzów w XVI wieku). Na reakcję nie trzeba było długo czekać. Anglia i Holandia poczuły się zagrożone (jako że Francja de facto zyskała granicę z Republiką Zjednoczonych Prowincji) i ostatecznie porozumiały się z Austrią. Cesarz Leopold I wysunął ostatecznie swojego młodszego syna Karola jako kandydata do całej spuścizny po jego imienniku. W 1702 roku koalicja wypowiedziała wojnę Francji i Hiszpanii. Po stronie obrońców opowiedziała się Bawaria, rosnąca na lokalnego rywala Austrii oraz początkowo Sabaudia [4] i Portugalia, które jednak wkrótce zmieniły strony, licząc na nabytki kosztem Hiszpanii. W 1705 roku książę Karol Habsburg, koronowany w Wiedniu na króla Hiszpanii jako Karol III, wylądował w Aragonii, której mieszkańcy (zwłaszcza katalończycy z Barcelony) zbuntowali się przeciwko centralistycznej polityce Filipa Burbona i rychło wkroczył do Barcelony, która aż do 1714 roku była nieprzerwanie bastionem antyburbońskiego oporu. Tym samym trwająca od XV wieku unia personalna między koronami Kastylii i Aragonii została brutalnie przerwana i już nigdy nie powróciła w dawnej formie.

Gra

I o tym jest ta gra. Gracze wcielają się w jedno z państw wielkiej koalicji – Anglię, Austrię, Niderlandy (z niezrozumiałego dla mnie powodu używające herbu… Czech, z białym lwem z charakterystycznym podwójnym ogonem miast złotego lwa z pękiem strzał w łapie), Portugalię lub Sabaudię. Dodatkowo każdy z graczy może dowodzić sprzymierzonymi wojskami Świętego Cesarstwa Rzymskiego oraz Aragonii, jak również… potęg burbońskich – Francji, Kastylii (obejmującej również Flandrię i posiadłości włoskie na północy i południu półwyspu) oraz Bawarii. Celem gry jest uzyskanie jak największych korzyści w układzie pokojowym kończącym wojnę, co uzyskuje się poprzez kontrolowanie „strategicznych” prowincji lub uzyskanie (w czasie gry) kart koncesji, czyli ustępstw na naszą korzyść jakie państwa burbońskie będą skłonne poczynić w traktacie pokojowym. Ponadto na początku gry każdy z graczy losuje trzy „ukryte cele”, które podwajają na koniec gry punkty za dane kontrolowane prowincje lub uzyskane koncesje. Gra kończy się, gdy ostatni bastion Barcelony, ostatniej twierdzy wiernej Karolowi III Habsburgowi, broniącej się nawet po ewakuacji wojsk austriackich z półwyspu, padnie. Wtedy ostatecznie obie strony zawierają zawieszenie broni i dochodzi do rozmów pokojowych oraz uznania panowania Filipa V Burbona nad oboma iberyjskimi królestwami. Drugim możliwym scenariuszem jest również zwycięstwo Karola i sprzymierzonych – następuje ono wtedy, gdy w ostatniej fazie wojny (w grze są ich 3) na planszy znajduje się mniej niż 20 jednostek wojsk burbońskich (spośród 56 dostępnych w ciągu gry, nie wszystkie jednak musza faktycznie zostać zrekrutowane). Jest to jednak dużo trudniejsze do osiągnięcia, a ponadto w takiej sytuacji bonusy wynikające ze zrealizowanych kart ukrytych celów nie są uwzględniane, podobnie jak i kontrola kluczowych prowincji  w Koronie Aragonii (normalnie wartych dwa do trzech razy tyle co inne prowincje – z wyjątkiem Paryża i Madrytu. Ma to jak się domyślam odzwierciedlić to, że w takiej sytuacji cała Aragonia przypada Karolowi).

Rozgrywka jest napędzana przez karty (z angielska nazywa się to „card driven game”) symbolizujące różne wydarzenia historyczne (które nie muszą następować w kolejności stricte chronologicznej, są jednak podzielone na 3 talie – wczesnej, średniej i późnej wojny) – bitwy, traktaty, postaci i inne wydarzenia. Na początku każdej rundy wykłada się ich tyle ilu jest graczy, a następnie każdy z nich wybiera jedną (w pierwszej rundzie w losowej kolejności, w kolejnych jest ona odwrotna do kolejności wykonywania akcji z rundy poprzedniej, która zależy od kolejności wyłożenia kart) i albo realizuje jej tekst, jednocześnie płacąc jej koszt w zasobach (główna waluta gry, symbolizująca pieniądze, zaopatrzenie, uzbrojenie i wszystkie inne wydatki państw) albo zwiększa wartość swoich zasobów o jej koszt, nie rozpatruje jej tekstu i może wykonać jedną z akcji: zrekrutować nowe wojska, zaatakować wojska burbonów, poruszyć je, dobrać zasoby lub zwiększyć swoją wolę walki (wartość, od której zależą koszty pierwszych dwóch akcji, a jeśli spadnie do zera – państwo jednostronnie wyłącza się z wojny i nie może przeprowadzać pierwszych trzech akcji). Ponadto trzy razy w ciągu gry wykładane są karty koncesji, które gracze wybierają w kolejności malejącej wartości woli walki. Ile punktów zwycięstwa dana koncesja przynosi na koniec gry, o tyle poziomów gracz musi zmniejszyć swoją wolę walki, uzyskując ją (co odzwierciedla mniejszą bojowość społeczeństwa po uzyskaniu przyrzeczenia korzyści na koniec wojny ze strony krajów burbońskich).

pic2692188_md1przykładowe karty

pic2421306_md
przykładowa rozgrywka (kolorowe sześcienne kostki reprezentują wojska)

Wrażenia

Jakie są tedy impresje związane z rozgrywką? To zależy. Sfera militarna jest paradoksalnie chyba najsłabszą częścią gry (co zresztą mogło być intencją autora) – bardzo schematyczną i uproszczoną. Większość działań z nią związanych jest wynikiem kart, które mogą przedstawiać  zwycięstwa sojuszników lub burbonów i nakazują graczowi odrzucenie 1 lub 2 jednostek sojuszniczych, burbońskich lub po jednej z każdej strony. Nie muszą to być jednostki własne, ważne by graniczyły z polem na którym stacjonują jednostki strony przeciwnej. Straty, zarówno te wspomniane wyżej, jak i zadane w wyniku wykonania akcji „atak” nie zależą ponadto w żadnym wypadku od sił którejkolwiek z walczących stron. Działania zbrojne – wspomniany atak, lecz również i przemieszczenie wojsk wymagają zapłaty w zasobach, jednak utrzymywanie wojsk stacjonujących jest darmowe. Niektóre karty pozwalają ponadto graczowi na wykonanie ruchu wojskami burbońskimi, który jeden z moich współgraczy nazwał „teleportacją” – istotnie gracz może przemieścić dwie jednostki kastylijskie, francuskie lub bawarskie na dowolne pole, niezależnie od dystansu, byle należało ono do jednego z państw burbońskich (nie mogą one w żaden sposób wkroczyć na terytorium któregokolwiek z graczy, toteż nie grozi nikomu okupacja i wykluczenie z gry) i znajdowały się na nim inne jednostki burbońskie lub sąsiadowało z polem zajętym przez jednostki burbońskie albo sojusznicze. Powoduje to, że ilekroć któryś z graczy zajmie na przykład Paryż lub Madryt, warte odpowiednio 10 i 5 razy tyle co inne punktowane prowincje, choćby w okolicy nie było żadnych wojsk wroga wszyscy inni gracze natychmiast je tam przemieszczą (o ile tylko będą mieli taką możliwość). Sprawia to, że rozgrywka może wydawać się nieco chaotyczna. Również upadek Barcelony nie zależy w żadnym wypadku od działań graczy lecz od kart – nie będzie niczym dziwnym, jeśli nastąpi on mimo tego, że na planszy w stolicy Katalonii stacjonuje silny garnizon sojuszniczy a w okolicy nie ma żadnych wojsk wroga.

Z drugiej strony uważam, że gra świetnie oddaje klimat wojny, w której tak naprawdę każdy z sojuszników walczył o coś zupełnie innego, a współpraca od samego początku była de facto rywalizacją obliczoną na zyskanie jak największych korzyści. Wielka Brytania chciała utrzymać równowagę w Europie, Niderlandy zabezpieczyć swoje granice oraz handel z Nowy Światem, Portugalia i Sabaudia liczyły na drobne korekty terytorialne na ich korzyść, zaś Austria próbowała odzyskać dziedzictwo swojej dynastii. W grze najbardziej staje się to widoczne, jeśli w ostatniej fazie wojny zostanie rozpatrzone wydarzenie „śmierć Józefa I”, w wyniku którego Karol III dziedziczy tron cesarstwa po swoim starszym bracie jako Karol VI. Od tego momentu tylko Austria może dowodzić niemieckimi wojskami, jej wola walki zwiększa się (a wola innych państw zmniejsza, zazwyczaj już do poziomu w którym rezygnują one z wojny), ponadto jeśli gra zakończy się zwycięstwem sojuszników to kierujący nią gracz zyskuje dodatkowe punkty. Tym samym staje się ona celem połączonych wysiłków wszystkich innych graczy, dążących do jak najszybszego upadku Barcelony (w rozgrywce w której brałem udział, oczywiście jako Austria, moja pozycja jeśli chodzi o koncesje i „ukryte cele” była na tyle dobra, że sam dążyłem do upadku stolicy Katalonii, czemu z kolei przeciwstawiała się Anglia – historycznie faktycznie, wkrótce po objęciu tronu w Londynie przez Jerzego I w 1714 roku nakazał on wysłać wojska do Katalonii – w grze jest zresztą wydarzenie to oddające – Barcelona jednak poddała się miesiąc wcześniej). Zresztą generalnie widoczne w końcowej fazie zmęczenie wojną (rzadko kiedy większość graczy ma wolę walki wyższą niż zerowa i tym samym nie może przeprowadzać ataków, przemieszczać ani rekrutować wojsk) jest bardzo odczuwalne. Trzeba również pochwalić dbałość o szczegóły historyczne – kart jest bardzo dużo i wszystkie są opisane w dodatkowej książeczce z notami historycznymi. Obejmują one wydarzenia zarówno zewnętrzne (wspomniane bitwy i traktaty), jak i wewnętrzne – powstania Rakoczego (na Węgrzech) czy Jakobitów [5] (w Szkocji), czy nawet polityczną zmianę Wigowie (partia liberalna, prowojenna, radykalnie antyjakobistyczna) – Torysi (partia konserwatywna, antywojenna, umiarkowanie antyjakobistyczna) w Anglii. Dzięki opisom dowiedziałem się na przykład, że Jonatan Swift (autor między innymi „Podróży Guliwera”) był wziętym pamflecistą antywojennym (przeciwnikiem udziału Anglii w hiszpańskiej wojnie sukcesyjnej), Daniel Defoe (autor między innymi „Robinsona Crusoe”) był jeszcze bardziej wziętym pamflecistą na rzecz obu stron, zaś Gotfryd Wilhelm Leibniz (jeden z największych filozofów baroku, odkrywca rachunku różniczkowego) napisał manifest popierający Karola III, w których przestrzegał, że burbońska Hiszpania padnie ofiarą francuskiego libertynizmu, ateizmu i centralizmu oraz wypunktował degenerację i marginalizację francuskiej arystokracji (wszystko to przewidział ze wszech miar trafnie). Moja ulubiona karta nosi zaś nazwę „Death to the Burbon King” i pozwala na umieszczenie na planszy wojsk Korony Aragonii. Jeśli zaś chodzi o wspomnianych Aragończyków i Katalończyków, gra również bardzo wymownie oddaje ich tragedię. Aragonia dysponuje maksymalnie trzema jednostkami, które mogą znaleźć się na planszy. Dla porównania – Bawaria ma ich 6, Kastylia 8, Sabaudia i Portugalia po 9, Anglia i Niderlandy po 12, Austria 15, zaś Francja – 42. Są one więc całkowicie na łasce graczy, którzy, jeśli w ogóle się nimi przejmują, używają ich jako mięso armatnie przeciwko Burbonom lub wręcz  li tylko po to, by zablokować dane pole innemu graczowi.

Podsumowanie

„1714: The Case of Catalans” niewątpliwie jest grą ciekawą. Z pewnością nie zadowoli ona wytrawnych strategów chcących przeprowadzić za jej pomocą rokokowe gry wojenne. Dużo jednak trafniejsza będzie dla tych, dla których „Wojna jest tylko kontynuacją polityki innymi środkami.” Faktycznie można dzięki niej poczuć klimat rozgrywek dyplomatycznych wczesnego XVIII wieku. Była to istotnie epoka przełomowa, zapowiadająca mające narodzić się już niedługo oświecenie ze swoim skrajnym progresywizmem, centralizmem i sekularyzmem. Hiszpańska wojna sukcesyjna zamykała bowiem pewna epokę, którą zwykłem nazywać „długim średniowieczem”. W 1699 roku traktat w Karłowicach  zakończył de facto ostatnią krucjatę – wielką wojnę Ligii Świętej pod auspicjami papieża przeciwko Turcji Osmańskiej, ostatnią wojnę w której wiara odgrywała tak istotną rolę i zjednoczyła skądinąd rywalizujące czy wręcz wrogie sobie państwa europejskie w obronie resztek Christianitas. Wojna ta, definitywnie kończąc ekspansję turecką, rozpoczęła proces jej marginalizacji, Morze Śródziemne przestało być wielkim polem nieustannej bitwy. To z kolei wpłynęło pośrednio na sytuację Hiszpanii, która przestała pełnić rolę przedmurza chrześcijaństwa i sama uległa marginalizacji. Hiszpańska wojna sukcesyjna zapowiedziała zupełnie nowy rodzaj wojny – wojny służącej interesom państwa, nie ideom, wojny ustanawiającej nową równowagę sił w Europie, a nie wymierzonej na zewnątrz. Od tego czasu najbardziej krwawymi i historycznie doniosłymi konfliktami będą właśnie konflikty tego typu – starcia wewnątrz cywilizacji europejskiej. Jakkolwiek tego typu motywy i zjawiska były zapewne obserwowane od czasów najdawniejszych, to w tej wojnie po raz pierwszy wysunęły się one na plan pierwszy i osiągnęły nieznaną wcześniej skalę – wojna toczyła się od Portugalii po Bawarię i od Flandrii po południową Italię. Jedynie Karol III, przejęty swoją misją (aż do swojej śmierci uważał się za prawowitego króla Hiszpanii) i obroną praw swoich aragońskich poddanych, który toczył coś w rodzaju bezkompromisowej krucjaty antyfrancuskiej, nie bardzo pasował do tej nowej rzeczywistości. Jednak i on w końcu zrezygnował, widząc że widoki na osiągniecie celu są bardzo małe. W wyniku wojny Hiszpania straciła swoje europejskie posiadłości – Flandrię, Lombardię i Sycylię na rzecz Austrii, Sardynię ostatecznie na rzecz Sabaudii. Filip V faktycznie okazał się być zwolennikiem „postępu” i centralizmu – w 1707 zlikwidował wszelką oddzielność Korony Aragonii, tym samym stając się pierwszym królem Hiszpanii (a nie Hiszpanij). Wielkiej Brytanii wystarczyła rola arbitra i nadzorcy delikatnego balansu między Austrią a Francją, Niderlandy jednak wyszły z wojny wyczerpane i już nigdy nie odzyskały swojej potęgi. Europa wchodziła w „wiek świateł” z kompletnie nowym układem sił.  Ktoś mógłby rzec – pragmatyzm zwyciężył zabobon, nastała era chłodnej kalkulacji w miejsce mglistych mrzonek. Cóż to jednak za realizm kazał Europejczykom wyrzynać się w bezprecedensowy sposób przez kolejne 250 lat (w między innymi: polskiej wojnie sukcesyjnej, austriackiej wojnie sukcesyjnej, wojnie siedmioletniej, wojnach napoleońskich,  wojnach francusko-austriackich, austriacko-pruskich, francusko-pruskich czy wreszcie obu wojnach światowych), kazał podcinać źródło i podstawy swojego, unikatowego przecież, systemu moralnego, a następnie ów zdekapitowany system eksportować na cały świat, w jakże inny sposób niż czynili to 200 lat wcześniej hiszpańscy misjonarze. Zostawmy jednak na razie te może zbyt daleko wybiegające dywagacje i dygresje. Wracając zaś do gry – polecam ją każdemu, kto lubi poczuć historię, a zwłaszcza jej istotne i zwrotne momenty, na własnej skórze, doświadczyć niegdysiejszych dylematów i próbować rozwiązać je lepiej niż miało to miejsce w rzeczywistości.

Na sam koniec – ciekawostka. Jedną z kart dostępnych w grze jest bitwa – oblężenie Xativy – zwycięstwo Burbonów. Po zdobyciu tego aragońskiego (położonego niedaleko Walencji) miasta Filip V nakazał je spalić. Wiele lat później, w „podzięce” za ten czyn, burmistrz nakazał  wywiesić portret króla w lokalnym muzeum… do góry nogami. Taką też ilustrację możemy oglądać na tejże karcie. I tym optymistycznym akcentem zakończę tę recenzję.

felipev
Portret Filipa V na zamku w Xativie

[1] Franche -Comte, czyli średniowieczne Hrabstwo Burgundii, obecnie wschodnia część Francji wzdłuż granicy ze Szwajcarią. We wczesnym średniowieczu zarówno francuskojęzyczna część szwajcarii jak i Franche-Comte należały do Królestwa Burgundii, które rozciągało się wzdłuż Rodanu, aż po Prowansję nad Morzem Śródziemnym. Większa część tego królestwa została podporządkowana przez Francję dopiero w XIV wieku, z wyjątkiem między innymi tegoż Franche – Comte oraz Księstwa Sabaudii, o którym – patrz niżej. Hrabstwo Burgundii zostało scedowane na rzecz Francji dopiero w 1678 roku.

[2] polecam ciekawy artykuł o Karolu II (i nie tylko) –  http://www.konserwatyzm.pl/artykul/81/karol-ii-habsburg-i-wyimaginowana-glupota-niektorych-wladcow

[3] Właściwie Republika Zjednoczonych Prowincji Niderlandów – przez cały pierwszy okres swojej niezależnej państwowości, od buntu przeciwko władzy Filipa II Habsburga w 1581 roku, aż do czasów napoleońskich Holandia była republiką. Można powiedzieć, że jest ironią historii, że jest to dziś jedno z ostatnich europejskich królestw, podczas gdy na przykład Austria jest republiką. Trzeba jednak odnotować, że faktycznie funkcja głowy państwa republiki była przez większość jej historii sprawowana przez stadthoudera (swoistego zarządcę) Holandii – funkcja ta była dziedziczna w ramach dynastii Książąt Orańskich. W tym właśnie sensie można mówić o unii personalnej Anglii i Niderlandów. Swoją drogą słowo „Holandia” jest wieloznaczne – pierwotnie oznaczało najważniejszą i stołeczną prowincję Republiki, a potem Królestwa Niderlandów. W języku polskim zwykło się tak obecnie określać całość Niderlandów, czyli jednej z czterech konstytucyjnych części federacyjnego Królestwa Niderlandów, obejmującego poza tym trzy równoprawne dawne kolonie holenderskie na Karaibach. Z kolei Niderlandy rozumiane jako krainy historyczna obejmują wszystkie posiadłośći habsburskie w regionie ujścia Renu, włącznie ze współczesną Belgią i Luksemburgiem (tak zwane Niderlandy Południowe, Hiszpańskie lub Austriackie).

[4] Sabaudia – księstwo, pierwotnie wchodzące w skład królestwa Burgundii i Świętego Cesarstwa Rzymskiego. Jego stolicą było Chamberry. Od jedenastego wieku obejmowało również należący do Królestwa Włoch (Lombardii) Piemont. W wyniku hiszpańskiej wojny sukcesyjnej uzyskało panowanie nad Sardynią i odtąd jego władcy używali tytułu króla tej wyspy. W owym czasie było to państwo zdecydowanie reakcyjne – sojusznik Habsburgów, stamtąd również pochodził Józef de Maistre, chyba najważniejszy myśliciel-reakcjonista doby rewolucji francuskiej, przy którym Edmund Burke jest „typowym człowiekiem lewicy”.  Niespodziewanie w drugiej połowie XIX wieku królestwo przyjęło skrajnie, jak na owe czasy, „postępową” politykę i stało się głównym motorem ruchu tak zwanego „zjednoczenia Włoch”. Ostatecznie w 1861 Wiktor Emanuel II jako pierwszy władca z dynastii sabaudzkiej proklamował się królem Włoch. Ceną było jednak zrzeczenie się Sabaudii właściwej i jej największego portu – Nicei (włoskiej Nizzy) na rzecz Francji Napoleona III.

[5] Od początku XVII wieku Anglia znajdowała się w unii personalnej ze Szkocją pod panowaniem dynastii Stuartów. W wyniku wojny domowej w latach 1642 – 1651 po raz pierwszy i ostatni w historii Anglii stała się republiką (rządzoną autokratycznie przez Oliwera, a następnie Ryszarda Cromwella). W 1660 roku na tron przywrócono Karola II, syna, ściętego w 1649 roku przez buntowników, Karola I. Po jego śmierci królem został Jakub II, jego młodszy brat. Od początku utrzymywał napięte relacje z parlamentem, który nie mógł mu wybaczyć konwersji na katolicyzm. Ostatecznie, gdy w 1688 jego druga żona urodziła syna – pierwszego od czasów Henryka VIII następcę tronu-katolika z urodzenia, parlament wezwał do interwencji stadhoudera Holandii, męża najstarszej, protestanckiej córki Jakuba Marii – Wilhelma Orańskiego. Inwazja powiodła się – małżeństwo zasiadło na tronie, a Jakub uciekł do Francji. Potomkowie jego drugiej żony zostali odsunięci od sukcesji. Po śmierci jego drugiej córki, Anny I, tron przeszedł na księcia-elektora Hanoweru Jerzego I i jego następców, dość dalekich krewnych Anny – Jerzy I był wnukiem siostry Karola I. Potomkowie katolickiego króla, uznawani przez Francję za prawowitych monarchów wyspy, co było zresztą jedną z przyczyn zaangażowania się Brytanii w hiszpańską wojnę sukcesyjną, podejmowali liczne próby odzyskania tronu, w tym doprowadzili do wybuchu powstń w roku 1715 i 1745 (zwanych Wielkimi Rebeliami). Obecnie, po wygaśnięciu męskiej linii Stuartów, katolickim pretendentem do tronu Anglii jest Franciszek II Wittelsbach, prawowity król Bawarii. Następni w kolejce są jego brat, a po nim jego córka, która jest żoną panującego księcia Liechtensteinu i matką liechtensteińskiego następcy tronu. Jako ciekawostkę można dodać, że gdy w 2013 roku w Anglii trwały prace nad reformą prawa sukcesyjnego, dopuszczającą katolików do tronu, w trakcie dyskusji w izbie gmin poseł Dan Rogerson z partii liberalnych demokratów spytał referującego ustawę posła sir Edwarda Leigha, katolika z Partii Konserwatywnej, czy wcześniej owego dnia nie telefonował do księcia Bawarii i nie zadeklarował mu swojej wierności na przyszłość (odpowiedź była przeczącą).
Warto może jeszcze dodać, że w 1707 roku parlament brytyjski uchwalił akt Unii ze Szkocją, znoszący niezależność północnego królestwa i tworzący jedno unitarne państwo – Wielką Brytanię. Innymi słowy – Wyspy Brytyjskie, jeśli chodzi a aspekt ustrojowy, spotkał w tym samym mniej więcej czasie ten sam los, co Iberię.

Reklamy

4 uwagi do wpisu “Recenzje ze świata idei#1 – „1714 -The Case of the Catalans” -zmierzch „długiego średniowiecza”, triumf „realpolitik”

  1. Bardzo ciekawa recenzja. Co do treści historycznej to miałbym dwie uwagi.
    1) Stosunek sojuszu Królestwa Francji z Turcją i Szwecją do katolickiego oblicza Królestwa Francji, O ile dobrze rozumuję dyplomacja na szczeblu międzypaństwowym raczej nie miała tu wpływu na rozwój religii wśród poddanych króla Francji,
    2) Upadek i marginalizacja roli Hiszpanii wiążą się raczej z wcześniejszymi czasami. Wielką klęską, jaką poniosła ona w czasie wojny trzydziestoletniej i osiemdziesięcioletniej (uzyskanie niepodległości przez Niderlandy Północne). Szczególnie fatalne lata 1639-1643 dały znać o sobie (wielka klęska floty w bitwie z Holendrami i zagarnięcie przez nich Srebrnej Floty, oderwanie się Portugalii i bunt w Katalonii, klęska w bitwie z Francuzami pod Rocroi) odegrały dla spadku roli Hiszpanii rolę podobną co dla Rzeczpospolitej powstanie Chmielnickiego wraz z następującymi po nim najazdami (moskiewskim, szwedzkim i siedmiogrodzkim), czego wyrazem był pokój pirenejski, podobnie jak pokój oliwski.
    PS. Warto jeszcze raz zrobić korektę. Gdzieś tam błąkają się Burbonowie pisani z małej litery.

    Polubienie

    1. 1. Generalnie jestem zdania, że bycie katolickim władcą polega właśnie na prowadzeniu katolickiej polityki, w tym zagranicznej, kierując się dobrem społeczności uniwersalnej Kościoła Świętego (rozumianego jako wspólnota, nie instytucja). Nowożytne myślenie kategoriami interesu jest sprzeczne z powyższym ideałem moralnym, a poza tym powstało później – o tym zresztą traktuje koniec powyższej recenzji.
      2. Cóż, owszem, ale tak jak rządy saskie w Polsce, tak Burbońskie w Hiszpanii były podkreśleniem jej póki co nieodwołalnej degradacji (nieuchronnej w nowym układzie geopolitycznym, gdzie jedyną jej rolą było bycie przybudówką do Francji – zresztą przecież to właśnie wtedy Hiszpania traci, głównie na rzecz Austrii, wszystkie swoje liczne przecież posiadłości europejskie). Oczywiście przyczyny tego stanu rzeczy są wcześniejsze.
      Na koniec co do burbonów – a może to celowe? 😉

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s